A tytuł jego "Jutro idziemy do kina".
Wspominam o nim, bo porusza ciekawy problem. W dodatku odpowiada na postawione przeze mnie wczoraj pytanie: "Czy tylko Unikalność?"
Odpowiada oczywiście przecząco.
Może jeszcze trochę o filmie.
Opowiada on o kilku młodych Polakach, z różnych grup społecznych, żyjących w latach, poprzedzających II Wojnę Światową. Ot tam takie młodociane igraszki. Dziewczyny, miłostki, romanse i nadchodząca wojna.
Mniejsza o całą fabułę. Chodzi mi o tytułowy motyw. Chłopak zarywa dziewczynę. Długo i uciążliwie. Tak jak postacie filmowe umieją najlepiej, kiedy wydaje się, że sukces jest nieosiągalny. Dodajmy, że chłopak jest prawiczkiem. Taki romantyk trochę.
Wydaje się, że udało mu się zarwać. Umawia się do kina. Czy ma zamiar oglądać film, tego nie wiem...
Data 1 września 1939. Dziwnie znajoma. I nie, nie chodzi mi o pierwszy dzień szkoły twojej babci. Mojej też nie.
Para się spotyka i... Chłopak ginie przed kinem, podczas bombardowania.
Film pokazuje nam tragedię jednej osoby. Wyciska łzy. Ta jedna śmierć obchodzi nas bardziej, niż miliony innych, które wiemy, że nastąpią później.
Ale dlaczego?
Nie "płaczemy" przecież z powodu śmierci bohatera. Trochę oczywiście tak, ale fakt śmierci jest tu czymś przyćmiony. W tej scenie umarła idea. Szczenięca idea, która nie może być spełniona, przez tragiczny przypadek.
Gdyby chłopak umarł po tym, jak młodzi konsumują związek, by następnie rozejść się z powodu znudzenia i ogólnego "było fajnie, ale zostańmy przyjaciółmi", ta śmierć byłaby czymś pomijalnym w skali tragedii narodów.
A tak, jedna śmierć, w dodatku nie ta ludzka, przyćmiła całą Drugą Wojnę Światową. Zabawne.
Następnym razem, może coś jeszcze o ideach i wartości życia.
A teraz, myśl na dziś:
Drogi Boże!
Piszę, żeby napisać, że jeśli jesteśmy na twoje podobieństwo, to musisz być odrażającym skurwysynem. Czekam na odpowiedź. Całuje.
Ja
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz