Dzisiaj trudny temat. Postaram się więc zachować powagę. Nawet usiądę prosto. Język wyprasuję.
Trudny, ale dla niektórych wesoły. Wierzących. Nie zależnie od wyznania.
Umarło, przed chwilą żywe stworzenie.
No i co? Jest się czym przejmować?
To zależy -taka mi się myśl nasuwa.
No bo jak był to nieznajomy, nieszczęśliwy, stary zabójca piątki dzieci, w dodatku pedofil z drugiego końca świata. Czy mi smutno?
Jeśli był to mały kotek, którego uratowałem od zamarznięcia, karmiłem, ogrzewałem własnym ciałem i właśnie miałem po raz pierwszy wynieść go na świeże powietrze, po paru miesiącach opieki. Czy mi smutno?
Albo umarł człowiek podczas tsunami w Indiach. Mowie o takim jednym z dziewięćset pięćdziesięciu jeden tysięcy sześćset dwudziestu siedmiu ludzi. Nic więcej nie wiem na jego temat. Czy mi smutno?
Albo świnia w zakładach mięsnych. Czy mi smutno?
Albo moja młodsza siostrzyczka. Czy mi smutno?
Albo dżdżownica na podwórku. Czy mi smutno?
Albo ten stary pan w kamienicy w Krakowie. Czy mi smutno?
Tak właściwie jak mogę to różnicować? Kim ja jestem żeby decydować czyje życie jest warte mniej, a czyje więcej?
Mogę robić to subiektywnie -powiecie może. To prawda. Mogę jakoś oszacować, ile wynosi dla mnie emocjonalna wartość czyjegoś życia.
Nie, nie mogę. Ale szacuje. Robię to. Robimy.
Tak wszyscy robimy. My okrutne skurwysyny. Przechodzimy obok śmierci sąsiada obojętnie, a płaczemy kiedy umiera postać w filmie. Mufasa jebany hakuna matata!
No to.
Zastanówmy się jak wartościujemy życie.
A może tu chodzi o życie człowieka? Albo o fakt przejścia duszy do zaświatów gdzieś? Coś w tym jest. Ale jednak przechodzimy obok śmierci człowieka pogwizdując, a w jego posiadanie duszy raczej większość ludzi nie wątpi. (co rozumiem pod pojęciem "dusza", to osobny temat. i ten sam)
Dalej. Może chodzi o ludzi podobnych do nas? "Jak już naszych bioro, to jo niedługo tyż pójde. Zejde znaczy." Coś w tym jest. Ale to trochę strach przed śmiercią wzbudza bardziej, niż żal po człowieku.
Płaczemy po zwierzętach. Ano płaczemy. Tych ładnych raczej. Takich z mięśniami mimicznymi. Kotkach, pieskach, noo... czasem po jakimś gadzie. Po kurczaku już nikt nie płacze. Owadzie. Może to o estetykę ciała chodzi? Coś w tym jest? Nie do końca to tak. Że my wszyscy wielbiciele estetyki? A tak poza, po tych brzydkich też płaczemy.
No.
A wyobraźmy sobie, że można wziąć martwe ciało i zrobić kopię, Tylko żywą. Osoba będzie taka sama. Identyczna. Żywa. Ale oryginał umarł. Prawie nic się nie zmieniło. Tylko na chwilę kogoś nie było i powstało martwe ciało. Tyle się wydarzyło. Osoba, którą było ciało, jest nadal. Nie ma o co płakać? Ktoś bliski umarł. Żyje. Ale umarł. I nic to dla nas?
Albo dziecku umarł Pies. Dziecko kochało Psa. Nazywało go Pies, bo był psem. Płakało bardzo, bo był, a tu go nie ma. Ale rodzice przywieźli psa i powiedzieli, że to Pies.
Dziecko uwierzyło, bo ufne było. Z Psem na spacery chodziło. Ale czegoś brakowało. Bo Pies oduczył się lizania ucha, skradania za klockiem i zabawy w Dwapsy. Stan jest jednakowy. Był Pies, jest Pies. Czy to dziecko coś straciło, oprócz trzech Psa umiejętności?
Jest w tym coś?
Białe kruki? Proste krzywki? Małego Księcia Lis?
Czy cenimy tylko unikalność?
Pytam!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz