sobota, 23 lutego 2013

Nudny tekst dla zabawy


  Mieciu miał to od początku. Odkąd pamiętał umiał tylko zrażać do siebie ludzi. Nie była to jednak jego wina. Po prostu taki był.

  Być może trochę zbyt mało zabiegał o względy innych. Ale czemu miałby to robić? Nie ważni są inni, ważne jest tylko to co on myśli. Każda inna opinia jest bez znaczenia. Nikt nie potrafi lepiej ocenić czy robi dobrze, czy źle. Sam ma swoje sumienie i sam wybiera swoją drogę.

  Pewnie z tego podejścia brała się niechęć ludzi do Miecia. Pewnie mimo dobrej miny, wyczuwali ten całkowity brak szacunku.

  A może to co wydarzyło się w jego młodości dało skazę na jego zdolnościach społecznych. W końcu jego rodzice próbowali go otruć razem z nimi samymi i dwójką rodzeństwa. Nikt nie wie dlaczego. Mieciu miał wtedy siedem lat i przeżył tylko dlatego, że wcześniej zjadł tyle słodyczy, że po zjedzeniu zatrutej zupy wszystko zwrócił.

  A może to przez śmierć żony, która umarła razem z dzieckiem podczas porodu. Mieciu miał wtedy dwadzieścia pięć lat i z całych sił starał się zapewnić dobry żywot swojej rodzinie sprzedając samochody w swoim komisie. Przebywał w żałobie dłużej niż nakazywał to zwyczaj.

  Teraz w wieku czterdziestu paru lat prowadził nieźle prosperującą firmę deweloperską. Był spokojnym człowiekiem, co niedzielę chodził do kościoła i popołudniami prowadził ogród. Trochę wstyd przyznać, że chodził też co tydzień do pewnej pani, kilka lat młodszej, żeby zaspokoić swoje rządze. Dbał też o nią, wspomagając ją finansowo. Z niechęcią muszę też przyznać, że co sobotę pił samotnie wódkę w swoim domu na przedmieściach. Czasami pił jej zbyt dużo, ale rano mimo najgorszego nawet stanu był na Maszy Świętej. Jednak przerywał te wstydliwe przyzwyczajenia na czas Wielkiego Postu i Adwentu.

  -To było długie i nudne przedstawienie Pana Miecia. Mam nadzieję, że przebrnąłeś. Teraz według pospolitego schematu zaczynać się powinny jakieś niepospolite problemy, z którymi ma się zmagać Bohater. I na pewno ku twojemu zaskoczeniu - właśnie tak się stanie. Bo bywa tak, że fortuna przestaje sprzyjać.

  Niedawno, policja podatkowa wszczęła śledztwo w sprawie nieścisłości w księgach rachunkowych firmy DewelopMieciu. Tak to jest jeśli żyje się w kraju, w którym ściga się uczciwych ludzi, którzy mogli popełnić błąd w gąszczu biurokracji, a prawdziwych przestępców pozostawia się bezkarnych. Taka to polityka tej Partii Rządzącej, ot co!

  Pracownicy w firmie domagali się zapłaty za poprzedni miesiąc i w całym swoim lenistwie i hipokryzji żądali jeszcze podwyżki.

  Jakby tego było mało, przyjaciółka Miecia zaszła w ciążę. No ale przecież z takimi to nie wiadomo do końca z kim. No bo kto wie co ona robi przez pozostałe sześć dni i w podczas postu.

  A jakby to jeszcze zbyt mało, to ogród, który kiedyś dawał spokój i wyciszenie, teraz trawiła jakaś zaraza.

  Ciężki to był okres dla Miecia. Nie mając innych uciech, co wieczór zamykał się w gabinecie z butelką dobrego koniaku żeby móc się odstresować i rano mieć siłę od nowa walczyć z wrednym losem.

  -Teraz będąc grzecznym Autorem, powinienem pokazać jak Bohater, radzi sobie z trudnościami. Tak zrobię. A wy powiedzcie, czyż nie poradził sobie najlepiej jak to tylko możliwe?!

  Majątek firmy sprzedał prywatnie.
  Zapłacił pracownikom, tyle ile było im należne.
  Dał pieniądze koleżance, żeby zajęła się dzieckiem, mimo że nie wiedział czyje ono było.
  Dał pieniądze na Kościół, żeby odkupić swoje grzechy.
  Dom sprzedał, ogród kazał zaorać i po cichu wyjechał do małego wyspiarskiego państewka, żeby nie dawać innym okazji do rozpamiętywania ewentualnych krzywd, za które już przecież zadośćuczynił

  -A teraz ładnie by było, jeśli jak to się zwykło robić, Autor dałby Bohaterowi to co mu się należy w opinii Autora.

Mieciu żył długo i w dostatku.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Baśń ku przestrodze

  Wacuś żył sobie spokojnie w małej chatce na skraju wszystkiego. Żył życiem spokojnem i bezstresowem, bo mu nikt tego życia z normy nie wyprowadzał. Ot taki oto Wacuś.
  Miał też w życiu dwóch podopiecznych, którzy jednocześnie byli mu kompanami. Większy z nich - Romuś, był upośledzonym na rozumie chłopcem o kędzierzaworudych włosach obciętych na łyso i skrywanych w czapce ze skóry bobra. Żyli sobie razem odkąd Romuś przyszedł, a że nie został wyproszony, to został. Drugim zaś kompanem był pies niezwykłej urody. Niezwykłej, bo prawie nie istniejącej.  Przez przyjaciół nazywany był Maciuś, a przez resztę Wypierdalaj. Z żadnego z nich nie było większego pożytku, ale pocieszne były to istoty, więc pozostawały na utrzymaniu dobrodusznego Wacusia.
  Jedna tylko niesprawiedliwość raziła w oczy. Bo Maciuś spał w budzie i jadł odpadki, a Romuś w domu i jadł jak Wacuś. Nie wiadomo dlaczego w ten sposób. Musiało to być podpatrzone u sąsiada, albo coś. Ja nie wiem.
  Pewnego razu wybrało się trzech ich nad bagno łapać żaby za ogon. Pech chciał, że żaba upatrzona przez Wacusia umiała chodzić po bagnie, a on się tej sztuki jeszcze nie nauczył. Wynikło z tego tyle, że topił się z prędkością stałą. Natomiast Romuś i Maciuś patrzyli na to w spokoju.
  Nie martw się jednak czytaczu, jak każda bajka, i ta skończyła się "hepiendem". Następnego dnia wszyscy żyli jak dotąd. Zmieniło się tylko to, że skończyła się ta tak rażąca w oczy niesprawiedliwość. Romuś i Maciuś spali teraz razem i jedli razem, bo warci byli tyle samo.
  Morał z tego taki.

niedziela, 16 grudnia 2012

Jestem gejem i wole dziewczyny

  Zaznaczyć muszę, że tu nie chodzi o gejów, bo to tylko taki tytuł, żeby przyciągnąć liczną i zróżnicowaną widownię ;).
  A teraz dziadzia Ćwierć opowie wam coś o sobie (jakgdyby ktokolwiek chciał słuchać).
  To było w czasach, kiedy chłopcy zaczynali interesować się dziewczynkami.
  Z początku spotykanie się z dziewczynami wydawało się marzeniem. Bo żeby zebrać się wreszcie, podejść do koleżanki i przyznać się, że mi się podoba, chodź nie w prost, to i tak nigdy nie jest to proste zadanie. No ale, tak się robi, więc trzeba tak zrobić. I się robi. Dalej więc i trzeba się z nią spotkać. I spędzić czas. Dwoje młodych ludzi ogołoconych z resztek pewności siebie ma za zadanie zrobić coś, czego nigdy w życiu nie robili. Muszą spędzić czas we dwoje.
  Zaprzęgają więc do tego wiedzę, jaką w ich długim życiu nabrali, skąd mogli. A skąd mogli? Z telewizji, opowieści, podpatrywania. Jakie źródła, taka wiedza. Porozmawiać każdy potrafi, ale jako, że wydaje się, że wszyscy tak robią, trzeba się pocałować w pewnym momencie... Tylko, w którym? I czemu trzeba?
 Tak to wyglądało za mojej młodości. Pełne niepewności spotkania, z obcymi ludźmi, których tak na prawdę spotykać nie chciało się. Tylko, że tak trzeba. Bo inaczej będzie się marnować życie. Bo Carpe Diem. Bo życie krótkie. Ma być intensywne. Bo jutra może nie być, w wieku kilkunastu lat. Wiem to od koleżanki Kultury i kolegi Społeczeństwa. Tylko nie wyjaśniono mi dokładnie, że marnować życie, to robić coś, czego robić nie chce, dla celów, których nie chce osiągnąć.
  To było w czasach, kiedy gdzieś jacyś chłopcy, zaczęli interesować się chłopcami.
  W tamtych czasach okazało się, że spotkać się z dziewczyną można chcieć. Tak bardzo, że przestaje cię interesować wszystko inne, jak taką widzisz. A spotykając się z nią, wiesz, że jesteś we właściwym miejscu. Okazało się, że można pragnąć ją dotykać i że działa to w obie strony. Nagle nie ma w tym nic naciąganego, sztucznego i niezręcznego.
  Czy Kultura i Społeczeństwo to dobrzy doradcy?

czwartek, 13 grudnia 2012

wtorek, 4 grudnia 2012

Najlepsze gdzie jestem!

   Żyje w eRPeGu.
   Od urodzenia stawiam sobie nowe cele. Bliższe, i takie, do których wykonania służą inne cele. Reszta graczy też mi je stawia. Czasem wykonujemy je wspólnie, czasem konkurujemy.
   Uczę się. Zdobywam doświadczenie w życiu.
   Lubię grać w życie, bo lubię eRPeGi. Bo mam świadomość, że coś zrobiłem.
   Wszyscy coś lubimy. Każdy coś innego, ale wszyscy lubimy coś co lubimy, więc lubimy to samo. ;)
   A co gdybym zmienił grę? Zmienił całkowicie zasady, świat i współgraczy? Po początkowym zakłopotaniu, a potem radości zmiany miejsca, wróciłbym do starej codzienności wykonywania czynności, które składają się na tzw. "życie codzienne".
   Jeśli stan początkowy i końcowy się nie różnią, to nic nie zrobiłem.
   Radość życia? Istnieje. Jest wtedy, kiedy będąc tu gdzie jestem, wiem, że właśnie tu według "Tylko Mojej Opinii" powinienem być. Takie chwile zmieniają autora odczuć.
   A co jeśli ja, lub co gorsza ktoś, mógłby zmienić "Tylko Moją Opinię", bez mojej wiedzy? Traci to na wartości? Jeśli stwierdzę, że to gdzie jestem i co robie, według "Mojej Tylko Opinii", szczerej i nieprzymuszonej, jest najlepszym miejscem, chwilą i rzeczą, jaka mogła by mi się przytrafić?

czwartek, 29 listopada 2012

Twoja jest większa, czy moja taka sama?


-On ma mocny charakter - ja słyszę
-Ona to przyćmiewa sobą resztę -  to jeszcze gdzieś się przewinie
-A o dupę potłuc takie gadanie, proszę ja was! - powiadam, nobo:
   Charyzmy się nie posiada. Nie jest darem od Boga, albo boga. Nie jest wrodzona, ani wyuczona. Ją się dostaje od otoczenia, od ludzi, albo znajduje się ją w sobie.
   A od czego zależy ta fajniość i to kto ją dostaje - zapytacie byćmoże... Ano, ja na to bym odrzekł, zgodnie z nowym porzekadłem -Ano to zależy od: czasu, miejsca i kultury. I jednocześnie jest uniwersalna.
   Nie ma ludzi większych i mniejszych. Nie ma mistrzów, przywódców, liderów, szefów. Są tylko ludzie, którzy w swoim otoczeniu poczuli się na tyle dobrze, by mieć odwagę wybić się ze wszystkim co się na nich składa ponad tłum i wystarczająco się spodobali, tym co pokazali, aby tłum poszedł za jednostką.
   Sami możemy tą fajniością (niekoniecznie z własnej nieprzymuszonej woli, raczej z półpodświadomości) dysponować. Możemy sprawić, że ktoś się obok nas czuje lepszy. Niestety jeśli my podzielamy to zdanie, to my czujemy się gorsi. Tracimy dobrą samoocenę. Bo my widzimy tylko różnice pomiędzy nami, a nimi. Nigdy nie widzimy co faktycznie mamy.
   Jaki to ma związek z codziennością?
   To jest codzienność. To definiuje układ społeczny w każdej jego grupie. To jest obecne wszędzie tam gdzie się spotyka dwoje ludzi. To się tyczy wszystkiego: polityki, kolegów, mody, szefów, związków, seksu. To wszystko to tylko półświadome, mniejsze lub większe przyznawanie fajniości.
 Ona jest jednym z motorów naszej cywilizacji. Ludzie czują się w swoich małych światach fajni. Ale poza nimi - nie do końca. Szukają jej wszędzie. W innych. W stereotypach z telewizji. W marzeniach. Pasjach. Spełnieniach. Czasem szukamy aprobaty w rodzicach, kolegach, partnerach.
   I to wszystko nie jest złe, jeśli wszyscy jesteśmy z tym szczęśliwi. Jeśli jesteśmy to nie ma czystszego dobra. Ale.
   A tak na prawdę, na prawdę, ta fajniość tkwi gdzieś w nas, tylko trzeba się na nią odważyć.

wtorek, 20 listopada 2012

Kur też człowiek, a rosół też jest zajebisty

   Nie wiesz o tym, ale na chodniku, w banku, w sklepie spotykasz bestie bez serca. Bestie te wyglądają jak każdy. Ale dla nich liczy się tylko jedno - dobro ładnych istot.
   Kiedy taka bestia przechodzi obok jajka z chowu klatkowego, nawet nie mrugnie. Nie uroni łzy nad jajecznicą zawierającą kurze płody. Nie pomyśli ile cierpienia nieść mogło ze sobą, wyprodukowanie takiej masy jajek w małej klatce, w której zamknięty jesteś całe życie i jedynym twoim celem jest ciągłe ich produkowanie.
   Dla tych okropnych ludzi ważne są tylko ładne zwierzęta. Futerkowe. Słodkie. Takie, na które fajnie się patrzy. Czasem też ludzie. Nie myślą o dżdżownicach, szczurach, myszach, muchach, osach, kurach, świniach i glistach. Kto by się nimi przejmował. Dla nich liczy się tylko ładny wygląd.
   Jeśli stwierdzą, że jesteś brzydki, nie licz na ich współczucie. Nie obejdziesz ich bardziej niż prosiak zarzynany w masarni. Musisz być ładny. Tylko to się dla nich liczy.