Stefanowi życie nie układało się tak, jak on by sobie tego życzył. No dobrze, w szkole, zawsze sobie radził. Nie był tępy więc raz lepiej, raz gorzej, jakoś to szło. Mówiąc oczywiście o zajęciach, bo z kolegami to zupełnie inna bajka.
Nigdy nie był typem sportowca, albo duszą towarzystwa. Właściwie trudno powiedzieć, że był typem. Bardziej przeciwieństwem typu. Główną rzeczą, którą się odznaczał, było to, że niczym się nie odznaczał.
Do tego jeszcze dziewczyny. Nie to, że nie był chętny. Nie to, że był brzydki. Wszyscy raczej go lubili. Po prostu za każdym razem kiedy chciał wykonać jakiś ruch, zagadać, umówić się, za każdym razem był niezauważony, zbagatelizowany i pominięty. Sam nie wiedział czy to z nim jest coś nie tak, czy z otoczeniem.
Zawsze jednak wiedział, że gdzieś, kiedyś będzie wybitny. Czymś się odznaczy. Po coś jest. Będzie miał pozycję i szacunek. Czekał na ten moment. Czekał na dowód, że tek właśnie jest.
Zimą poprzedniego roku Stefan zaszył się z laptopem pod kołdrą, jako że był zmarźluchem. Odpalił grę, by uśmiercić trochę zimnego czasu. Gra polegała na zbieraniu poziomów. Oczywiście wypełniało się jakieś misje kogoś tam zabijało, ale generalnie wszystko dla poziomów. To takie przyjemne zbierać te poziomy. W dodatku na pierwszej jego mapie panował klimat tropikalny, więc jakoś tak przyjemnie patrzyło się na dżunglę w środku zimy.
Stefan nigdy czegoś takiego nie doświadczył. Niby mordował masowo zimny czas, ale odkrył w tym coś jakby pożytecznego i rozwijającego. Miał cel. Łatwy, bo łatwy, ale cel. Widział jego koniec, w niezbyt dalekiej przyszłości. Cel wymagał odrobiny wysiłku, ale każdy kolejny wysiłek przynosił parę punktów na pasku doświadczenia. Wspaniałe!
Życie Stefana nie zmieniło się zbytnio. W szkole na lekcjach i z kolegami jak zwykle. Oceny nieznacznie się pogorszyły. Rodzice jacy byli, tacy pozostali. Była zima, nic nikogo nie interesowało. Byleby przetrwać do kwietnia. Jedyne co było inne, to błysk w oku, który świadczył o kolorach na rolce toaletowej życia naszego bohatera.
Wracał więc często Stefan do świata fantasy, w którym zajmował coraz wyższą pozycję społeczną. Nawet po wbiciu maksymalnego poziomu cel się nie skończył. Teraz trzeba było zbierać zbroje i bronie, które często wymagały wypełniania kolejnych pasków. Potem walki pomiędzy bohaterami. Stefan miał doskonałe wyczucie sytuacji i ponadprzeciętny refleks, co czyniło go istną maszyną do zabijania. Mówiąc krótko i wulgarnie: Nakurwiał!
Jego rankingi się namnażały. Ludzie pytali jak to robi, a on chętnie udzielał instrukcji. Stefan czuł się kimś. Wyróżniał się i to w pozytywny sposób. Przed komputerem czuł się bezpieczny, u siebie. Czuł, że panuje nad swoim życiem. Czuł się spełniony. Szczęśliwy. Nieogolony, brudny i niedojedzony. Bez przyjaciół. Sam w zamkniętym pokoju. A jednocześnie w kolorowym nastroju.
Zabiłem Stefana w tym momencie. Jako autor i stworzyciel Stefana mogłem to zrobić, inna kwestia to czy powinienem. Zabiłem go z zimną krwią i w bezbolesny, bezkrwawy sposób. Tylko dla swojego "widzimisie" żebyście mi powiedzieli czy powinienem.